niedziela, 22 września 2013

Pełnia w Tajpej

Dawno, dawno temu Tajwanem rządził człowiek tak okrutny, że wszyscy mieszkańcy cierpieli przez niego mękę. Mężczyzna ten nie zdawał sobie jednak sprawy ze swojej tyranii. Żyjąc w tej niewiedzy, coraz bardziej pogrążał swoich poddanych w smutku. I tak mijały lata, aż w pewnym momencie zły król wszedł w posiadanie kamienia, który miał moc obdarzania nieśmiertelnością. Despocie spodobała się wizja wiecznych rządów, więc strzegł go jak oka w głowie. Jednak ktoś stanął mu na przeszkodzie. Królowa miała otwarte oczy i widziała, jak bardzo wszyscy cierpią z powodu jej męża, dlatego, aby uwolnić ich od męczarni, połknęła kamień na jego oczach. A gdy się to stało, wzniosła się w powietrze i odleciała w stronę księżyca.

Taka oto historyjka stoi za Świętem Księżyca. Zanim jednak opowiem, jak spędziłam festiwal, pokażę kilka zdjęć z początku tygodnia.



Ta fota została cyknięta przed wejściem głównym japońskiego domu strachów. Tea niemal posikała się w gacie ("Ojej, to tutaj? Trochę upiornie~ To co, wracamy?"), no ale co tu się dziwić; umazane krwią dziewczynki, które niepodziewanie wyskakują na Ciebie z tasakiem, nie należą do rzeczy ani trochę zabawnych. Moja dobra rada brzmi - jeśli kiedykolwiek w Waszym krótkim życiu nadarzy się okazja odwiedzenia domu strachów założonego przez Japończyków, koniecznie wykorzystajcie tę szansę. Jest się czego bać!










Wesoła rodzinka tym razem postanowiła zabrać mnie na wycieczkę rowerową. Warto było pojechać choćby dla samych widoków; area Tamsui charakteryzuje się tym, że jak spojrzysz w lewo, to masz góry, jak spojrzysz w prawo, to miasto, a naprzeciw Ciebie rozciąga się ocean. Krajobraz jak z guglowych obrazków.






Nie widać tego tutaj, ale pod obrazkiem rożka widnieje napis "Turkish ice-cream". Ciekawi, co to takiego? Zapraszam na krótki filmik directed by me.



W środę pojechałam z Ashley (koleżanką z klasy), jej chłopakiem oraz Angelą (drugą koleżanką z klasy) do Shilin Night Market. Ludzie, to miejsce jest rajem dla wszystkich miłośników zakupów! Jedzenie, ubrania, książki, płyty, figurki, akcesoria, dostaniecie dosłownie wszystko. A co najważniejsze - po bardzo atrakcyjnych cenach.









Takie tam z kartami.

Czwartek dziewiętnastego miał być najnudniejszym dniem w całym moim exchange programme. Hunter wymyślił sobie, że koniecznie muszę poznać jego rodziców, którzy swe życie spędzali teraz głównie na oglądaniu telewizji i pielęgnacji kwiatków doniczkowych. Czyli grzeczniej mówiąc emeryci. O czym ja niby miałam rozmawiać z emerytami? Taka oto myśl nie opuszczała mnie do fatalnego spotkania. Później wyszło na jaw, że moje obawy były jak najbardziej uzasadnione.

Będąc cały czas w przekonaniu, że odwiedziny dziadków są tego dnia naszym jedynym activity, postanowiłam ubrać się w coś wygodnego. I tak, założywszy, że nikt inny nie zobaczy, jaka to mroczna Alex potrafi być słodka, przybrałam zwiewną, różową sukienkę. Był to, oczywiście, błąd, ale o tym później.

Pierwszym ciosem, jaki hości postanowili mi zadać, była informacja o tym, że dziadkowie nie mówią po angielsku. "Fajnie - pomyślałam - na pewno się z nimi dogadam". Drugim, jeszcze bardziej dotkliwym ciosem było powiedzenie mi, że nie znają również chińskiego. Łomatkoświętaczęstochowska, to co oni znali?  

 - Tajwański - rzekł ze stoickim spokojem Hunter znad kierownicy - to język rdzennych mieszkańców wyspy. Też jestem Tajwańczykiem, wiesz?

 Czyżbym cały czas żyła w niewiedzy?

No ale to by wyjaśniało jego dziwny akcent. Reina i Ashley były za to normalnymi Chinkami, ale obydwie również potrafiły posługiwać się językiem tajwańskim.

 - Ale ja nie znam tajwańskiego. Jak mam się z nimi porozumiewać? - zapytałam drżącym głosem, już nieco spodziewając się odpowiedzi.
 - Mówiłaś coś chyba o tym, że znasz trochę japoński? Uczyli się japońskiego w szkole, więc spokojnie się dogadacie.

BOŻE ŚWIĘTY. Wierzcie lub nie, ale nigdy tak bardzo nie wątpiłam w swoje umiejętności językowe, nawet w towarzystwie rodowitych Japończyków. Całą drogę spędziłam siedząc w komórce i powtarzając japońskie rozmówki. Obym tylko nie zrobiła z siebie kretynki!

Sprawy potoczyły się jednak nieco inaczej. Okazało się, że dziadkowie rzeczywiście troszeczkę znali japoński - ale troszeczkę. Dzień dobry, do widzenia, to potrafili powiedzieć, ale żeby pogadać o codziennych sprawach to już było trochę ciężej. Hunter i Reina w pewnym momencie wyszli sobie "na spacerek", Ashley poszła odklepać poobiednią drzemkę, babcia coś tam sprzątała w kuchni, a ja siedziałam sam na sam z dziadkiem w salonie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Po jakimś czasie poczułam wiadomą potrzebę.

Na rozgrzewkę zaczęłam po angielsku.
 - Excuse me, I would like to go to the toilet. Where will I find this?

Cisza.

Westchnęłam i powtórzyłam dokładnie to samo w dżapońskim.
 - Sumimasen, toire ni ikitai. Doko ni arimasu ka?

Cisza.

Że niby znają japoński?! Ekhem. Modląc się o to, aby tym razem wypaliło, spróbowałam z chińskim.
 - Dui bu qi, wo yao qu cesuo. Zai nar?

Cisza.

Poddałam się i ostatecznie poszłam obudzić Ashley.


Koło godziny czwartej pożegnaliśmy się i wpakowaliśmy się z Hunterami z powrotem do samochodu. Dziękując w duchu, że na dziś to koniec, przekręciłam się na bok i zasnęłam. Niestety, to błogie uczucie nie trwało zbyt długo, po dwudziestu minutach zostałam obudzona.

 - Co się dzieje? Już jesteśmy w domu? Tak szybko?
 - Jakie w domu? Mamy grilla z członkami Rotary z okazji Święta Księżyca.

Że co, proszę?! Przecież to był plan na piątek!

 - Ale to nie miało być przypadkiem jutro? Znaczy się~ nic mi nie powiedzieliście, że to dziś.
 - Naprawdę? No to teraz już wiesz, idziemy.

Grill na świeżym powietrzu, a właściwie pod parasolem, bo tajfun tego dnia się rozszalał, więc padał deszcz. Wszędzie brud i błoto. Ja w delikatnej sukience i pantofelkach. To się nadawało tylko na fabułę filmu komediowego.

Koło szóstej przybył Naoki ze swoimi hostami. Podobnie jak ja nie był zachwycony świętowaniem w tak koszmarną pogodę. Spotkanie było nudne jak zawsze, a naszą dwójką po godzinie przestano się interesować. Jedynym wyjściem była ucieczka. Wymknęliśmy się pod pretekstem wzięcia udziału w karaoke (ale ostatecznie i tak nie śpiewaliśmy, bo żadne z nas nie znało ani jednego kawałka). Co w tym wypadku dwoje nastolatków mogło zrobić?

W oddali ujrzeliśmy plac zabaw.

Odpowiedź nasunęła się sama.










Króliś < 3


Tak w ogóle wymyśliliśmy sobie zabawę "spróbuj powiedzieć to po japońsku, a potem po polsku". Pan Japonia myślał, że Ashley ma osiem lat. Jego brat mówił tylko po mandaryńsku. Królik z apartamentu jednego z członków klubu uciekł z klatki i ganialiśmy za nim przez godzinę. Wpakowałam się tam w butach i wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę. Zjedliśmy tonę księżycowych ciastek. Nao złapał za gitarę i śpiewaliśmy razem. Nauczyłam go polskiego "w Szczebrzeszynie". Wspólnymi siłami przeczytaliśmy pierwszą stronę Zmierzchu po chińsku.

Wieczór, mimo wszystko, uważam za nawet udany.

Następnego dnia zostało zaplanowane kolejne spotkanie klubu, które miało mieć postać wędkowania, jednak ze względu na tajfun zostało ono odwołane (to moje parszywe szczęście~). W zamian pojechaliśmy do muzeum morskiego. Ja nie wiem, jakim cudem to wszystko zawsze jest takie nudne~ Potem czekało nas kino, ale jako że film był w języku mandaryńskim, naturalnie nawet nie próbowaliśmy nic z niego zrozumieć.


















Fotki ze spacerku. To co, że zepsuł Ci się parasol? Dalej biegaj w tajfunowym deszczu!





Ostatnią atrakcją piątkowego dnia miała być wspólna kolacja. Pech chciał, że restauracja specjalizowała się daniach z owoców morza~ a ja przecież jestem wegetarianką. No ale w końcu udało im się coś tam dla mnie na szybko przygotować.










Minęła pełnia. Ciastka zjedzone, Moon Festival zakończony~ Trzeba wracać do szkoły.