sobota, 14 grudnia 2013

Szok kulturowy, czyli co te Chińczyki najlepszego wyprawiają~

Ja wiem, że miało być o Halloween, ale jakiś mały ludzik mieszkający w mojej głowie podpowiedział mi, żeby napisać co nieco o samym Tajwanie i kulturze chińskiej. Zrobiłam więc spis wszystkich rzeczy, które do tej pory wydały mi się dziwne / niestandardowe / niewystępujące w Polsce i na jego podstawie powstała dzisiejsza notka.

Zacznę od czegoś, co zwróciło moją uwagę już na samym początku. Toalety. Wszyscy wiemy, z czego w tym temacie słynie Azja – meganowoczesne, magiczne wręcz sedesy, nieskazitelna czystość, mnóstwo przycisków z funkcjami typu zamykanie klapy, podnoszenie klapy, spuszczanie wody, ogrzewanie deski i takie tam bajery. I tak, tu w Tajwanie autentycznie mamy takie toalety~ z tym, że w siedzibach rządu, department store i domach bogatszych ludzi. Pozostałe wyglądają najczęściej tak:


Czyli, krótko mówiąc, DZIURA. Z nimi mam styczność w liceum, szkole językowej i praktycznie wszystkich toaletach publicznych. No ale powiedzmy, że masz ochotę usiąść na sedesie. Ekhem, sedesie?! A co ty, u siebie w domu jesteś?! Żadna szkoła, żaden uniwersytet nie będzie marnował pieniędzy na takie luksusy.

O, a skoro jesteśmy już przy tych łazienkowych sprawach. Moi hości po trzech miesiącach goszczenia mnie dalej nie mogą pojąć, jak można myć się rano. Mam tu na myśli prysznic. Od kiedy tylko pamiętam moi polscy rodzice zawsze przypominali mi, żebym łaziła w kapciach, bo „będę mieć brudne stopy” albo „przeziębię się”. Chińczycy chodzą na bosaka. Znaczy się teoretycznie mogłabym łazić w kapciach, ale Hunterowie na wstępie powiedzieli mi, że „to odrobinę dziwne i raczej się tego tutaj nie robi”. Ale, jak od każdej reguły, od tej również istnieje wyjątek: klapki do WC. Czy to zwyczajnie chcę skorzystać z toalety, czy wziąć prysznic, czy coś uprać: zawsze to samo. „Znowu zapomniałaś założyć klapek!”. A co to ja, na basenie jestem? No i czegoś tu nie kumam, po domu mam łazić boso, a w łazience już nie? ALEOSOCHOZI.

Wspomniałam o rodzince. Z nimi to ostatnio mam naprawdę ciężko. Tu już nawet nie chodzi o to, że są czasem zbyt surowi i diablo wymagający. Powiedzmy, że bardzo się staram spełniać wszystkie ich oczekiwania, chociaż mają tendencję do niemówienia rzeczy wprost (zamiast „Nie jedz tyle słodyczy” powiedzą raczej „W Tajwanie uważamy, że dorastające dzieci nie powinny jeść zbyt dużo słodyczy”) i szukania problemów tam, gdzie ich nie ma. Po prostu najlepsze nawet chęci są na nic, jeśli w grę wchodzą różnice kulturowe. Dajmy na przykład takie wracanie ze szkoły do domu. Pierwszego dnia po przyjeździe uzgodniłam z Hunterami, że mogę przebywać, gdzie mi się żywnie podoba do dziewiątej wieczorem; mając to na uwadze, pewnego dnia zawitałam z powrotem koło osiemnastej. I nie zgadniecie co. Awantura. Że nie mówię, gdzie idę, że powinnam zadzwonić, poinformować, powiedzieć, kiedy wrócę. No dobra, może faktycznie nawaliłam~ Przy drugim podejściu stwierdzam, że coś autentycznie jest nie tak. Jeszcze przed wyjściem z apartment daję znać hostom, że idę ze znajomymi do department store na poszukiwania tanich (tańszych niż w Polsce) laptopów i będę na siódmą. Oni, że dobrze, wszystko fajnie, że mam się świetnie bawić. Tym razem nie odwalam niespodzianki i wracam zgodnie z umową~ AWANTURA. Spóźniam się piętnaście minut, co oznacza, że ich okłamuję (bo przecież miałam być na dziewiętnastą, a jest dziewiętnasta piętnaście), że ich NIE SZANUJĘ, jako że nie dotrzymuję danego słowa i w ogóle co to ma być z mojej strony za zachowanie~ Przypominam, że poszło o kwadrans. Nie ogarniam czasem tych ludzi, rlly. Chociaż z drugiej strony wiem, że starają się, jak mogą, żeby moja wymiana była naprawdę udana. Każdego wieczoru siadają ze mną i pomagają w odrabianiu lekcji, Reina zapisuje mi też w zeszycie nowe słówka, z których mnie po kilku dniach przepytuje. I w ogóle mam wrażenie, że chcą, żebym tu wszystko zobaczyła, jakiś czas temu zabrali mnie do Zoo.


































Ostatnia rzecz, którą chcę powiedzieć na temat pierwszej host rodziny. Mój chiński mocno się rozwinął. Nie rozumiem, co prawda, wszystkiego, co gadają w telewizji i radiu, ale jestem w stanie zatrzymać na ulicy przypadkowego przechodnia i zapytać o drogę do night market. Potrafię pójść do sklepu Samsunga i doładować kartę telefoniczną. Potrafię w końcu kupić bilety do kina. Potrafię powiedzieć znajomym z liceum, że nie przyjdę na ich zajęcia, bo wybieram się do biblioteki. Może to nic wielkiego, ale ważne, że staram się używać języka. UŻYWAĆ, nie tylko siedzieć w podręczniku, wkuwając coraz to bardziej skomplikowane struktury gramatyczne. A trochę ich się ostatnio pojawiło, bo nie tak całkiem dawno temu mieliśmy egzamin poziomujący i z grupy najgorszej, A1, dostałam się do najlepszej – A4. O ile w A1 nie robiłam nic i spokojnie wyciągałam zawsze ponad dziewięćdziesiąt procent, o tyle w A4 mam wrażenie, że im więcej się uczę, tym mniej rozumiem~ Ech, ciężkie życie polskiego łajgłożena.

No ale cóż mogę powiedzieć, mimo wszystko brnę dalej w to bagno i staram się jakoś ogarnąć ten nieszczęsny chiński, co by faktycznie móc nim mówić pod koniec wymiany. Mam czasem takie marzenie wrócić do apartment i usłyszeć „O! Dzisiaj znowu sto procent, gratulacje!”. Zadowolona ze swoich wyników raz pobiegłam do Hunterów i podsunęłam im pod nos świstek z pochwałą od nauczyciela; to było jeszcze zanim dostałam się do A4. I co usłyszałam? „Nie myśl sobie, że jesteś wyjątkowa, my wiemy, że dwójka innych wymieńców też dostała sto procent. Nie jesteś najlepsza. Właściwie to jesteś dość słaba, bo nie rozumiesz często, co do ciebie mówimy.”. No motywujące to nie jest. Starasz się, a oni ciągle mówią, że źle~ Zrozpaczona skonsultowałam to z Ericą, moją nową counselor. Powiedziała, żebym się przyzwyczaiła i nie brała ich słów do serca, bo tak właśnie zachowują się przeciętni chińscy rodzice – widzą, że dziecko ciężko pracuje, więc, żeby jeszcze bardziej je zmotywować do nauki, mieszają je z błotem, wytykając każdy błąd. Działa to na tej zasadzie:

Dziecko: Mamo, tato, napisałem test na dziewięćdziesiąt pięć procent!
Rodzice: Co takiego? Jakim cudem straciłeś pięć procent?! Mówiłeś, że dokładnie się przygotowałeś!
Dziecko: Wiem, przepraszam~ Następnym razem bardziej się postaram, obiecuję.    
Korzystam z rady Erici. Robię swoje, nie przejmując się Hunterami. Chociaż przed nimi samymi oczywiście pochylam pokornie głowę i mówię, że tak, że mają rację, że muszę się więcej uczyć. I dobrze nam się w ten sposób żyje, oni są zadowoleni i ja jestem zadowolona.

Kolejna sprawa – jedzenie. No Tajwan to po prostu food paradise. Spróbowałam do tej pory z piętnaście gatunków owoców, które ponoć występują jedynie na terenie wyspy. Niestety, znam tylko ich chińskie nazwy, bo nikt nigdy nie jest w stanie podać mi wersji angielskiej. Na przykład takie shizi. Wygląda trochę jak pomidor, jednak jest niewiarygodnie w smaku. Delikatnie słodkie, ale niezwykle wyraziste (wiem, bez sensu~). Mogłabym jeść kilogramami. I huolongguo, w środku jest białe i ma mnóstwo drobnych, czarnych pestek (chociaż to chyba mamy też do Europy jakoś importowane). Sprzedają w Seven Eleven w pojemnikach razem z mango (a może to nie mango?) po 38 dolców (czyli koło 3,80zł). Co do słodyczy. Ostatnio pokochałam tang hulu, czyli kawałki truskawek lub pomidorów (pomidory w Tajwanie uważane są za owoce) nabite na szaszłykowy patyczek i pokryte tą warstwą słodkawej, chrupkiej polewy a'la landrynka. Miód malina, chociaż zdziersko drogie, ostatnio podczas wizyty w Shilin Night Market na jeden „szaszłyk” wydałam 50 dolarów (5zł). Kolejne cudo: qingwa xia dan. Ta nazwa akurat jest dla mnie zrozumiała, qingwa oznacza żabę, dan to jajko, a xia w tym przypadku można chyba przetłumaczyć jako „znosić” (żaba znosząca jajka, hehe). Ogólnie jest to deser wyglądający jak skrzek, ale nic nie jest w stanie odstraszyć dzielnej Polki – coś niewyobrażalnie pysznego. W ogóle trochę smuci mnie fakt, że po powrocie do Polski nie będę już więcej mogła kupić ani pocky, ani bubble milk tea, ani papaya milk, ani tang hulu, ani qingwa xia dan. I wielu, wielu innych smakołyków.

Bo tak w ogóle to, jak Tajwańczycy spożywają posiłki, jest odrażające. Ja nie wyobrażam sobie wypluwać cząstki jedzenia na swój talerz, a tutaj to norma. Ponoć pochodzi to z Japonii. W sumie Naoki też nie jada w jakiś szczególnie miły dla oka sposób~ Ja się tam nie znam. W Tajwanie spożywa się trzy posiłki dziennie (ale jam Europejka, to jem więcej): śniadanie, lunch (zawsze pomiędzy dwunastą a trzynastą) i kolację, przy czym dwa ostatnie zawsze zawierają ryż (wyjątkiem jest np. wspólne wyjście rodzinne do włoskiej restauracji na pizzę). Czasem mam wrażenie, że tutaj ludzie myślą, że jeśli nie zje się ryżu, to potem będzie się głodnym~ O, jeszcze jedna ciekawa rzecz. Odchudzałam się przez jakiś czas i o ile hości dalej wpychali we mnie ryż, który przecież jest dość kaloryczny, to jednocześnie radzili mi zrezygnować z owoców. Nie, nie z tych typu banany czy winogrona. Ogólnie z owoców, bo „zawierają cukier”. Próbowałam wytłumaczyć, że przecież nie utyję od ananasa, ale według nich owoce to dalej zło wcielone i jeśli chcę schudnąć, to nie ma siły, muszę przestać je jeść. Pan Japonia twierdzi to samo. Klasowicze z Zhong Zheng też. GDZIE JA JESTEM, CO Z TYMI AZJATAMI.

A tak przy okazji, raz spisałam sobie na kartce, co zjadłam przez cały dzień. W sumie to bardzo klasyczny jak na Azję jadłospis:

6:10 Dwa tosty, kawa (śniadanie)
11:30 Osiem pierożków chińskich z porem i sosem sojowym, kartonik czarnej herbaty (lunch)
12:00 Kartonik mleka sojowego o smaku taro (do wyboru jest ze dwadzieścia smaków mleka sojowego: papaja, taro, kilka rodzajów milk tea [typu „herbata zielona”, „czarna herbata” itp.], pszenica, truskawka, kawa, czekolada, jabłko, arbuz, multiwitamina, pistacja, orzechy ziemne, orzechy nerkowca~ i tak dalej)
13:10 Huolongguo i mango (znaczy chyba mango)
16:00 Chiński naleśnik z jajkiem (kupione od kobitki z ulicy; pycha, chociaż wydałam na niego czterdzieści dolców tylko dlatego, bo zawierał plasterek sera), kartonik zielonej herbaty
18:30 Miska ryżu, tofu, jajko z kukurydzą i sosem sojowym, liście słodkiego ziemniaka (kolacja)
20:30 Miska słodkiej zupy z lotosu, szklanka mleka sojowego

Ej, a wiedzieliście, że w Chinach nie ma ciasteczek z wróżbą? Że zostały wynalezione zagranicą i spopularyzowane głównie w Stanach? Nie? No to teraz już wiecie. Normalnego mleka i produktów pochodzenia mlecznego też się tutaj raczej nie spożywa (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia dlaczego; domyślam się, że nie ma tu miejsca na wypas krów i wszystko trzeba importować). To nie Polska, gdzie wchodzisz sobie do delikatesów i wybierasz spośród trzydziestu gatunków sera. Tutaj sera w przypadkowym sklepiku nie ma W OGÓLE, a jeśli jest, to życzą sobie za niego kosmiczną kwotę. Karton krowiego mleka kosztuje zaś równowartość dziesięciu złotych.

Dalej. Jak już wiecie, moi host dziadkowie nie mówią po angielsku. Co tam angielski, nie mówią nawet po mandaryńsku! W każdym razie są to ludzie bardzo oddani tradycji. Buddyści. Mają u siebie w apartment mały ołtarzyk. Dla nich to nic nadzwyczajnego, dla mnie, rzecz jasna, olbrzymia atrakcja : )






Kadzidełka,, które zapala się podczas modlitwy do przodków. Napis głosi „pin, an, fu, gui”, co oznacza „pokój, bezpieczeństwo, bogactwo, powodzenie”. Żadnych demonicznych tekstów, o których zawsze gadał mój ksiądz, jak jeszcze chodziłam do gimnazjum.

Wspomniałam o tym, że dziadkowie nie mówią po mandaryńsku~ To dlatego, że ich językiem ojczystym jest tajwański. Ale to zaledwie dwa z trzech języków występujących na wyspie. Ostatnim jest Hakka, język, o którym za wiele, niestety, nie wiem, poza tym, że mimo identycznego zapisu (ach te krzaczki~) w ogóle nie brzmi jak chiński. I tak jadąc na przykład metrem (które jest, de facto, zdziersko drogie), na każdym przystanku można usłyszeć ten bardzo profesjonalny głos młodej pani podającej nazwę przystanku, zapowiadającej kolejny i przypominającej, po której stronie otwierają się drzwi~ w czterech językach. Najpierw po mandaryńsku, potem po tajwańsku, następnie w Hakka i jeszcze na końcu, żeby mieć pewność, iż każdy pasażer zrozumiał przekaz, po angielsku. Mieszkając w jednym kraju można autentycznie stać się poliglotą.

I jeszcze taka ciekawostka – tutaj rzeczywiście każdy film jest z chińskimi napisami. Nawet filmy w tymże języku. Często też napisy towarzyszą wiadomościom. Moja host rodzina twierdzi, że to po to, aby osoby niesłyszące nie miały problemów z oglądaniem, ale w dalszym ciągu wydaje mi się to trochę dziwne. Znaczy się to by było dziwne dla mnie oglądać polski film z polskimi napisami~

Och ach, a teraz rzecz, która podniecała mnie od samego początku – tajwańskie autobusy. Na pierwszy rzut oka poza faktem, że pod żadnym siedzeniem nie znajdziesz chamsko przyklejonej gumy, a priority seats to autentycznie prority seats, to nie różnią się niczym od polskiego środku miejskiej komunikacji. Ale tylko na pierwszy, bo to, co przede wszystkim jest w chińskich autobusach fajnego, to że posiadają one darmowe Wi-Fi. I hulaj duszo, tańcz, krzycz jak najgłośniej ze szczęścia! Kolejna spora dość różnica – nie ma kanarów, bo Tajwańczycy nie wpadli nawet na pomysł stworzenia czegoś takiego jak bilety. Każdy pasażer posiada za to kartę (ubolewam nad tym strasznie, bo z tego też powodu nie można wykupić żadnego taniego pakietu na przejazdy jak nasz polski bilet miesięczny), którą wedle upodobania kierowcy kasuje się albo po wejściu do autobusu, albo przed wyjściem z niego. Idealne warunki do podróżowania na gapę, dlatego na początki dziwiło mnie, że mimo to każdy dalej sumiennie płaci za przejazd. Przyznam się bez bicia, parę razy zdarzyło mi się opuścić autobus bez kasowania karty, jednak patrząc na tych wszystkich ludzi, pewnego razu doszłam do wniosku, że to okradanie społeczeństwa i od tamtego dnia zawsze płacę, a jak nie mam funduszy, to idę piechotą. Czasu trochę straconego, ale sumienie czyste.

To kompletna bzdura, że Japończycy, Chińczycy i Koreańczycy różnią się urodą. Nie wierzcie w te brednie, że Koreańczycy mają idealnie białą skórę, a Japończycy migdałkowy kształt oczu. Mieszkam w Tajwanie prawie pół roku i prawda jest taka, że wszyscy Azjaci z dalekiego wschodu wyglądają dokładnie tak samo. Jakby tylko na twarz patrzeć, to nie będziesz w stanie powiedzieć, skąd dany osobnik jest. Za to po jednej rzeczy można rozpoznać narodowość – ubrania. Zdążyłam zauważyć, że jeżeli chodzi o młodych Chińczyków, to lubią wyglądać~ hmm, uroczo? W Polsce nazwano by to w każdym razie pedalstwem. Obcisłe spodnie i koszulki, dopasowane kurtki, czasem kolczyk w uchu. Do tego typowo dziewczęce akcesoria typu zawieszka do telefonu w kształcie misia. Zdarzają się też przypadki noszące na co dzień najprawdziwsze Crocsy, które moim zdaniem są ohydne i nie rozumiem, jak można wyjść w nich gdzieś indziej niż na basen. Dziewczyny zaś podpatrują modę zachodnią, więc w gruncie rzeczy nie ma czego opisywać. Jedynie kobiety po dwudziestce noszą się w bardzo dziewczęcych ubraniach: kwiatowe wzory, pastelowe kolory, kardigany, duża ilość falbanek i koronek, balerinki z kokardkami, absolutnie żadnego dekoltu. Tak, w taki właśnie sposób ubierają się KOBIETY, nie dziewczyny~

Jeśli chodzi o Koreańczyków, to ich celem jest wyglądać bardziej cool. Noszą przeważnie ubrania w jasnych barwach, np. białe spodnie a’la Elvis + T-shirt z hasłem typu „I love only me”. To jeden z ich możliwych styli, bo mogą równie dobrze odziać się w czarne, również obcisłe skórzane spodnie i koszulkę bokserkę, która nie tylko nada im bardziej „drapieżnego” wyglądu, ale będzie też idealnie podkreślać ich wysportowane ciało. ZAWSZE wysportowane ciało. Koreańczycy mają zboczenie na punkcie idealnego wyglądu. Operacje plastyczne robią sobie nie tylko kobiety, ale nawet i faceci! Dasseuul, moja koleżanka z Korei, powiedziała, że ma u siebie kilka przyjaciół (oczywiście w jej wieku), którzy są już po kilku drobnych korektach takich jak operacja nosa, oczu czy~ ust. Ponoć lubią, gdy kąciki warg wywijają się lekko do góry, co ma dać efekt „co prawda łzy mi z oczu lecą i mi źle, ale przynajmniej mam uśmiech na twarzy”. Poza tym często mają dłuższe, rozjaśniane włosy i grzywki na skos. Co do Japończyków – gdy widzę japońskich uczniów (mieszkam w dzielnicy, w której znajduje się japońska szkoła), to przeważnie ubrani są „kujońsko”: jakieś powyciągane sweterki, luźne spodnie, buty sportowe. Tyle się gada o tym, że Japończycy to ekstrawaganci farbujący włosy na każdy możliwy kolor, a ja nie widziałam jeszcze ani jednego, który miałby na sobie coś odbiegającego od normy. Za to z dziewczynami jest kompletnie inna sprawa. Kolorowe spodnie rurki albo plisowane spódniczki i zakolanówki. Włosy upięte, w kitki albo warkoczyki. Kokardki. Koniecznie ma być super słodko.

Temat szkoły zostawiam na końcu, bo moje liceum trochę mnie~ zawodzi. Zawsze, gdy próbuję zaprosić kogoś do wspólnego wyjścia, to ten ktoś akurat nie ma czasu, bo: 

1. Musi się uczyć.
2. Musi pójść do biblioteki.
3. Wyszedł gdzieś ze znajomymi dwa dni wcześniej i jak teraz wyjdzie ponownie, to rodzice pomyślą, że się „szlaja” i olewa szkołę.
4. Ma po południu cram school – czyli dodatkową szkołę po szkole.
5. Ma w przyszłym tygodniu egzamin i nie może się teraz koncentrować na trywialnych sprawach.

No to jest jakaś patologia, z ludźmi z klasy muszę się umawiać trzy tygodnie wcześniej na wspólne wyjście do fryzjera. Na nocowanie należy się umówić miesiąc wcześniej. I nie, to nie jest stereotyp, że azjatycka młodzież cały czas siedzi w książkach. Oni naprawdę nie robią nic poza tym. A żeby było jeszcze zabawniej – o ile po lekcjach zakuwają non stop, o tyle podczas zajęć wielu z nich śpi. Autentycznie, leżą rozwaleni na ławce, opierając twarz o otwartą książkę. A nauczyciele udają, że nie widzą~ BTW, pod koniec każdej lekcji nauczyciel zawsze pyta, czy są jakieś pytania; oczywiście nikt się nie zgłasza, za to podczas przerwy nauczyciel nie ma wolnego czasu, bo okupują go uczniowie. Otóż w trakcie zajęć nikt nie ma odwagi o nic pytać w obawie przed wyśmianiem („A co, jeśli moje pytanie jest głupie?”). Nie pojmuję tego, jak czegoś nie wiem, to pytam, nie?

Na dzisiaj to tyle. Chciałam przeprosić za ten ponad miesięczny brak jakiegokolwiek znaku życia, ale ostatnio w ogóle nie myślałam o pisaniu bloga. Tyle rzeczy się dzieje i jeszcze dochodzi nauka tego nieszczęsnego mandaryna. Sądzę, że kolejny post pojawi się jakoś po Sylwestrze, kiedy to nastąpi zmiana host rodziny – jak zwykle zapraszam do czytania!

A tak w ogóle - Wesołych Świąt!

Do usłyszenia,
Xin-Yan He

PS Byłabym zapomniała. Bonus w postaci wideo.

10 komentarzy:

  1. Shizi to kaki, albo persymona, albo hurma. W Polsce da się kupić, podobnie jak pitahaję (nawet w dwóch kolorach, bo oprócz białej jest też buraczkowa, według mnie smaczniejsza), hotpoty (jest sieć restauracji Shabu Shabu), bubble tea jest dosyć popularna, pocky też widziałam - ale w zdzierczej cenie.

    Mleko... Mleko jest sprowadzane dla białasów i w związku z tym ma odpowiednią cenę, w której uwzględniony jest podatek od zachcianek io transport z Nowej Zelandii a także przerobienie mleka na proszek. Szanujący się Azjata ma bowiem nietolerancję laktozy w prezencie od losu razem ze skośnymi oczkami i hipermobilnością stawów i po wypiciu mleka szybko kuca na owej toalecie kucanej. A jak nie ma takiej, to rozbiera się do rosołu i w butach tylko wskakuje na toaletę typu "tron" i kucając na wysokościach ... wiadomo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Da się shizi kupić w Polsce?! :O A mówili, że tylko w Tajwanie~ ach, te Chińczyki. Właśnie wyguglałam sobie tę całą pitahaję. Hmm, a więc tak to się nazywa po polsku. Jadłam obie wersje i mi z kolei smakuje bardziej biała, różowa jest~ ciepkowata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajwańczykom wiele rzeczy się wydaje... Proste, że "tylko na Tajwanie" - bo jak dużo twoich znajomych było poza Tajwanem gdziekolwiek?

      Owoce (w tym i mango, i papaję, i karambolę i całą gamę innych) da się kupić w większych sklepach, często w marketach, a w Almie już na 100% kupisz także i jakieś wietnamskie soczki, japońskie żeliki, pocky i inne. Bubble tea - w Wawie było, drogie jak diabli ale zanim wrócisz może się rozpełźnie po prowincjach, i do Lublina też dojdzie. Aczkolwiek niekoniecznie podobne będzie do oryginału, albo raczej - tak podobne jak "idali mian" do spaghetti.
      http://gong-zhu-majia.blogspot.tw/2013/09/woska-zaamka.html - tu spaghetti a tu herbata http://gong-zhu-majia.blogspot.tw/2013/06/zabojcza-moc-herbaty.html

      Usuń
    2. W Lublinie już jest, w Plazie bodajże. :)

      N.

      Usuń
  3. Bubble Milk Tea w moim mieście w Polsce nie widziałam :(

    OdpowiedzUsuń
  4. huolongguo to chyba nasza polska pitahaja :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tez kiedys widzialam shizi w Polsce, a we Wloszech, gdzie teraz mieszkam jest ich pelno , teraz wlasnie jest na nie czas i mozna je kupic w kazdym sklepie czy na kazdym targu.

    A jesli chodzi o twoich host rodzicow, to widze, ze zapewniaja ci "full chinese experience"

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejna superdawka wiedzy nt. życia łajgożenki wśród Chińczyków. Filmik z wymieńcami dot ich wrażeń co do Polski też robi wrażenie pani ambasadorko:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wesołych świąt życze ja fan i chuck http://www.youtube.com/watch?v=T-D1KVIuvjA

    OdpowiedzUsuń
  8. świetne ;3
    naprawdę mi się podoba. Ciekawie to opisujesz. Tak.. prawdziwie? nie wiem, ale czuję tak jakbym stała obok ciebie a ty mi to wszystko objaśniasz ;D blog ciekawy, będę wpadać częściej ^^ O, bym zapomniała... Szczęśliwego nowego roku i szalonego imprezy ;p

    OdpowiedzUsuń